Szukaj

Zaloguj

Zaloguj się

Jesteś nowym klientem?

Zarejestruj się

Szukaj

Zaloguj

Zaloguj się

Jesteś nowym klientem?

Zarejestruj się
Strona Główna/Artykuły/Sztuka systemowego wyłapywania wąskich gardeł

ZARZĄDZANIE

Sztuka systemowego wyłapywania wąskich gardeł

W poprzednim artykule staraliśmy się zobaczyć firmę jako całość – nie jako zbiór działów, lecz jako organizm, którego elementy są w nieustannym dialogu, czasem harmonijnym, a czasem chaotycznym. Mówiliśmy o sprzężeniach zwrotnych, o opóźnieniach, o decyzjach, które rozchodzą się po organizacji jak fale i wracają do nas w formie niechcianych i nieprzewidzianych efektów. Widzenie całości, czyli myślenie systemowe, jest fundamentalne – ale to dopiero próg.


Data publikacji: 27.01.2026

Data aktualizacji: 27.01.2026

Podziel się:

Bo kiedy już widzimy, zaczynamy nieuchronnie zadawać pytanie: co dokładnie sprawia, że firma działa niedoskonale? Co naprawdę ją spowalnia? Gdzie leży granica jej możliwości? Innymi słowy: gdzie jest to miejsce, w którym cały system zaczyna tracić rytm?

To pytanie prowadzi nas do Teorii Ograniczeń.

Dwoje przewodników: Meadows i Goldratt

Aby naprawdę zrozumieć, jak funkcjonują organizacje, warto oprzeć się na dwóch niezwykle wpływowych przewodnikach myślenia: Donelli Meadows, która nauczyła świat patrzeć na firmy jak na żywe, dynamiczne systemy, oraz Eli Goldrattcie, który pokazał, że każdy system ma konkretne ograniczenie, wyznaczające jego rzeczywistą wydajność. Ich perspektywy są różne, ale razem tworzą mapę i kompas – narzędzia, które pozwalają zobaczyć zarówno mechanikę systemu, jak i miejsce, w którym należy działać, aby poprawić jego wynik.

Meadows pozwala dostrzec, że firma jest siecią sprzężeń zwrotnych, opóźnień i zależności, które determinują jej zachowanie. Goldratt dodaje, że w każdym takim systemie istnieje przerób (throughput) – tempo, w jakim organizacja generuje wartość – oraz że przerób ten zawsze jest ograniczony przez jedno, aktualne wąskie gardło. Wydajność systemu nie zależy zatem od sumy lokalnych doskonałości, lecz od tego najcieńszego oczka łańcucha, które ustala górną granicę możliwości całej organizacji.

W branży transportowo-spedycyjno-logistycznej (TSL) widać to szczególnie klarownie. Firma transportowa może mieć nowoczesną flotę, świetnych spedytorów i pełne obłożenie zleceń – ale jeśli brakuje jej kierowców, cały system zwalnia właśnie do poziomu ich dostępności. W innej firmie przepływ blokuje skomplikowany proces akceptacji stawek: choć ciężarówki stoją gotowe, zlecenia „wiszą” w mailach decydenta, który nie nadąża, więc to proces decyzyjny, a nie operacje, staje się faktycznym ograniczeniem. Jeszcze gdzie indziej to planowanie tras staje się wąskim gardłem – bo jedna doświadczona planistka „ma wszystko w głowie”, a gdy jej brakuje, przepustowość spada o kilkadziesiąt procent. I wreszcie przykład najsubtelniejszy: kultura firmy, w której ludzie boją się zgłaszać problemy, sprawia, że błędy wychodzą dopiero na etapie reklamacji u klienta, więc ograniczeniem jest nie flota, nie proces i nie rynek – lecz niewidzialna bariera psychologiczna, która blokuje przepływ informacji.

To pokazuje, jak wielowymiarowe mogą być ograniczenia systemu – fizyczne, procesowe, decyzyjne, kompetencyjne, kulturowe. I dlatego ulepszenia wprowadzane poza wąskim gardłem dają jedynie pozór postępu, podczas gdy usprawnienia skoncentrowane na tym jednym ograniczeniu rzeczywiście podnoszą przerób całego systemu.

Zestawiając te dwa podejścia, otrzymujemy arcyważny wgląd: organizacja jest żywym systemem, który ma swoją wewnętrzną logikę i jednocześnie jest konstrukcją przepływową, w której rezultat zależy od aktualnego ograniczenia. Zrozumienie tej podwójnej natury jest kluczowe, żeby móc przejść dalej i zająć się szukaniem prawdziwych dźwigni zmiany.

Ograniczenia organizacji żyją na wielu poziomach

Skoro wiemy już, że każda organizacja działa, jak system przepływu – a jego tempo wyznacza aktualne wąskie gardło – warto zrozumieć, że takie ograniczenia mogą pojawiać się na wielu różnych poziomach jednocześnie. Goldratt podkreślał, że system ma zawsze tylko jedno kluczowe ograniczenie w danym momencie, ale praktyka pokazuje, że potencjalne źródła ograniczeń mogą być bardzo różne. Meadows i współcześni interpretatorzy Theory of Constraints – TOC – (Dettmer, Scheinkopf, Holt, Cox & Schleier II) zwracają uwagę, że wąskie gardło nie musi być ani fizyczne, ani techniczne – równie dobrze może wynikać z polityk, procesów, kompetencji, kultury, a nawet psychologii liderów.

Dlatego gdy organizacja odczuwa napięcia, opóźnienia, konflikty lub chroniczne przeciążenie, nie oznacza to istnienia „dziesiątek problemów”. Oznacza to, że jedno z miejsc systemu ogranicza przepływ, a wszystkie pozostałe trudności są tylko jego konsekwencją. Różne typy ograniczeń mogą wyglądać odmiennie na powierzchni, lecz ich efekt jest ten sam: spowalniają przerób całego systemu i blokują jego potencjał.

W praktyce oznacza to, że ograniczenia mogą być:

  • fizyczne – jak niewystarczająca przepustowość zasobu, liczba kierowców lub maszyny;
  • procesowe lub proceduralne – gdy zatkany jest obieg decyzji, akceptacji lub informacji;
  • decyzyjne – gdy jedna osoba staje się centrum, którego system nie jest w stanie ominąć;
  • rynkowe – gdy popyt ogranicza tempo pracy całego łańcucha;
  • kompetencyjne – gdy wiedza lub umiejętności skupione są w jednym miejscu;
  • kulturowe – gdy normy i niepisane zasady zniechęcają do zgłaszania problemów;
  • psychologiczne – gdy przekonania liderów blokują zmiany, delegowanie lub przepływ informacji.

Co ważne, literatura TOC podkreśla, bardzo słusznie, że to właśnie te „miękkie”, mentalne ograniczenia są najtrudniejsze do zobaczenia i najgroźniejsze dla przepływu. Jako interim manager spotykam się z tym na co dzień. Dettmer nazywa je „policy constraints of the mind” i opisuje jako niewidzialne bariery, które system traktuje jak niepodważalne prawdy – mimo że to właśnie one dławią jego potencjał.

Zrozumienie, na jakich poziomach mogą żyć ograniczenia, nie jest abstrakcyjnym ćwiczeniem teoretycznym. To fundament świadomego zarządzania. Dopiero gdy widzimy, że ograniczenie może być równie dobrze fizyczne, jak i mentalne, zaczynamy dostrzegać prawdziwą dźwignię zmiany. Bo organizacja poprawia wyniki nie dzięki „łataniu wszystkiego po trochu”, lecz dzięki trafieniu w to jedno miejsce, które wyznacza rytm całego systemu.

Gdy kultura staje się niewidzialną barierą

W jednej z organizacji, w której realizowałem projekt, jako interim manager, wyniki zaczęły spadać w sposób niebezpieczny. Na powierzchni wyglądało to, jak zestaw wielu problemów: braki kadrowe, błędy operacyjne, kary, rosnąca frustracja ludzi, coraz więcej improwizacji. Jednak gdy przyjrzałem się systemowi, wąskim gardłem okazało się coś dużo trudniejszego do uchwycenia – przekonania założyciela firmy.

To on, budując organizację wiele lat temu, stworzył jej pierwszą logikę: sposób myślenia o rynku, o konkurencyjności, o tym, na czym polega jej przewaga. Problem polegał na tym, że otoczenie zmieniło się radykalnie: nowe przepisy, większa liczba konkurentów, cyfryzacja procesów, nowy rynek pracy, dostęp do pracy za granicą, zupełnie inna dynamika kosztowa. Firma żyła już w innym świecie, ale jej założyciel pozostawał mentalnie w starym.

W efekcie kultura organizacyjna została zamknięta w zestawie niekwestionowanych założeń, które kiedyś były prawdziwe, ale potem tworzyły niewidzialny mur. Ludzie próbowali dostosować się do oczekiwań twórcy firmy, mimo że te oczekiwania nie miały już związku z rzeczywistością. System kręcił się w miejscu, bo jego główne ograniczenie istniało w umyśle osoby o największym wpływie.

Przełom nastąpił dopiero wtedy, gdy udało się nazwać i podważyć fundamenty, które przez lata były traktowane jako dogmat. Gdy zmieniliśmy założenia, zmienił się przepływ decyzji. A gdy zmienił się przepływ, ruszył cały system.

Ograniczeniem nie była więc struktura, rynek czy procesy – lecz kulturowo utrwalone przekonanie, że to, co działało kiedyś, musi działać nadal

Ograniczenia strategiczne - kiedy organizacja jedzie na starej mapie

W innym projekcie firma przez rok bezskutecznie próbowała uruchomić nową linię produktową i nową markę. Zespół był zmęczony porażkami, zarząd sfrustrowany, a mimo to wszyscy powtarzali, że „przecież wszystko jest na swoim miejscu”. I faktycznie – zasoby były, kompetencje były, procesy były, rynek istniał, konkurencja nie była przytłaczająca.

A jednak nic nie działało.

Z bliska okazało się, że system miał jedno strategiczne wąskie gardło: kluczowe założenie w strategii, forsowane przez jednego z głównych decydentów, było po prostu błędne. Największy ekspert merytoryczny w zespole widział ten błąd od początku, ale ponieważ nie był w zarządzie, nie dopuszczano go do stołu. Nie wierzył więc w powodzenie projektu, a w systemach to wystarcza, aby energia całego zespołu zaczęła opadać.

Po miesiącach wysiłku wszyscy jechali na starej mapie, podczas gdy nowy produkt wymagał zupełnie innej orientacji. Wąskim gardłem nie była logistyka, zasoby ani kompetencje, lecz błędna hipoteza strategiczna, chroniona autorytetem i ambicją. Gdy tylko poprawiliśmy założenie i przyznaliśmy ekspertowi prawo do decydującego głosu w sprawie, na której się znał najlepiej, system odblokował się natychmiast. Przepływ wrócił. Energia wróciła. Wyniki zaczęły się pojawiać.

Strategiczne ograniczenia mają to do siebie, że są podwójnie niebezpieczne: jednocześnie kierują zasobami w złą stronę i odbierają ludziom wiarę w sens działania.

Gdy brak struktury udaje brak zaangażowania

W jeszcze innym projekcie wezwano mnie, bo „zespoły są niezaangażowane”. Jednak już w pierwszych dniach diagnozy było jasne, że wąskim gardłem nie była motywacja w klasycznym sensie. Ludzie byli zmęczeni, zagubieni i sfrustrowani – ale nie dlatego, że nie chcieli pracować.

Problem leżał gdzie indziej: firma działała od lat w trybie wizjonersko-improwizacyjnym, który świetnie sprawdzał się na etapie startu, lecz przy aktualnej skali działania zaczął generować chaos. Każdy projekt był realizowany „na nowo”: inne osoby decydowały, inne kryteria obowiązywały, inne procesy improwizowano doraźnie. Brakowało powtarzalności, jasności i bezpieczeństwa operacyjnego.

System drżał w posadach, bo jego ograniczeniem była nadmierna zmienność i niedookreślone standardy pracy. Pracownicy nie mieli do czego się przyzwyczaić, więc każdy dzień wymagał ponownego negocjowania tego, co powinno być oczywiste. To zaś wyczerpywało ich energię i powodowało, że z zewnątrz wyglądało to jak brak zaangażowania.

Gdy uporządkowaliśmy podstawowe procesy, ustaliliśmy klarowne standardy i precyzyjne role, system natychmiast się uspokoił. Ludzie zaczęli pracować z większą pewnością siebie, a rzekomy „brak motywacji” okazał się jedynie symptomem chronicznego przeciążenia poznawczego, które można było usunąć strukturalnie w ciągu kilku tygodni.

 

Ograniczenia wędrują - i to jest ich natura

Z perspektywy teorii systemów i praktyki zarządzania jest jedna prawda, którą trzeba przyjąć, zanim się wpadnie pułapkę jednorazowych, „genialnych” rozwiązań: ograniczenia nie są stałe. One wędrują.

To, co dziś dławi przepływ – jutro może być już usprawnione, a w jego miejsce pojawi się coś innego. Tak działa każdy żywy system. Każda organizacja, która rośnie, reaguje na otoczenie, wprowadza nowe produkty, zatrudnia ludzi, zmienia procesy, modyfikuje strukturę – nieustannie przesuwa swoje wewnętrzne ograniczenia.

Goldratt widział to bardzo jasno: „Każdy system zawsze ma jedno ograniczenie. Jeśli je usuniesz, natychmiast pojawi się następne.”

Meadows uzupełnia tę myśl, pokazując dlaczego tak się dzieje: systemy zawierają sprzężenia zwrotne, opóźnienia, przepływy i adaptujące się podsystemy. Gdy w jednym miejscu zwiększamy przepustowość – napięcia zaczynają ujawniać się gdzie indziej. Stabilność systemu zależy więc nie od jednorazowej interwencji, ale od umiejętności ciągłego obserwowania, gdzie aktualnie rodzi się nowe wąskie gardło.

To naturalny ruch systemu. Nie oznacza, że coś poszło źle. Oznacza, że system żyje.

Dlatego profesjonalne zarządzanie nie polega na „naprawieniu firmy raz na zawsze”, lecz na umiejętności śledzenia migracji ograniczeń, rozpoznawania nowych wąskich gardeł i dostosowywania działań do aktualnej logiki systemu.

Kiedy patrzymy na organizację w ten sposób – dynamiczny, nieustannie adaptujący się system przepływu – widzimy, że zmiana nie polega na stworzeniu idealnego projektu, tylko na prowadzeniu systemu przez kolejne etapy jego ewolucji.

To właśnie na tym polega dojrzałość managerska: nie na pojedynczym akcie naprawy, ale na zdolności ciągłego rozszerzania przepływu tam, gdzie akurat zaczyna się on dusić.

Dlatego musimy przemyśleć sam model zarządzania

Wszystko, co dotąd opisaliśmy – dynamikę systemów, naturę ograniczeń, wędrówkę wąskich gardeł i przykłady z realnych firm – prowadzi do jednego, niewygodnego wniosku: organizacja jest zbyt złożoną bestią, by ktokolwiek mógł widzieć ją w całości z fotela zarządu. I nie chodzi tu o brak raportów, dashboardów, KPIów czy perfekcyjnych mechanizmów controllingu. Problem leży dużo głębiej: ludzki umysł po prostu nie jest w stanie ogarnąć złożoności żywego systemu, z jego sprzężeniami zwrotnymi, opóźnieniami, lokalnymi przewagami i lokalnymi patologiami, z emocjami ludzi, ich interpretacjami i codziennym tarciem, którego żaden raport nigdy nie pokaże.

A jednak większość współczesnych organizacji wciąż opiera się na modelu, który zakłada, że to właśnie „góra” wie, rozumie i decyduje najlepiej. Że intelekt managerskiej elity potrafi ująć rzeczywistość przedsiębiorstwa bardziej adekwatnie niż oczy, uszy i doświadczenia setek pracowników, kontaktujących się z nią na co dzień. Że strategia, struktura, kierunki zmian, inwestycje czy wybór priorytetów są „zbyt ważne”, by oddać je tym, którzy wykonują pracę.

To założenie jest spuścizną taylorowsko-fordowskiego modelu: na górze myślenie, na dole wykonywanie. Problem polega na tym, że w świecie systemów złożonych takie myślenie stało się fundamentalnym ograniczeniem. To, co widzi głowa organizacji, jest zawsze przefiltrowanym, zdestylowanym, uproszczonym, częściowo zagubionym i często nieświadomie zniekształconym obrazem całości – obrazem, w którym brakuje kontekstu, emocji, szczegółów i niuansów, a który dodatkowo mógł zostać ukształtowany przez to, co przełożeni myślą, że „szef chce usłyszeć”. W efekcie zarząd rzadko widzi realny system; widzi raczej jego cienki, zdegradowany cień.

Dlaczego więc upieramy się, że to właśnie ten cień powinien decydować o wszystkim? Dlaczego pozwalamy, by o ruchach całej organizacji decydował wyłącznie „intelekt”, skoro to „nogi” biegną, „ręce” się wspinają, a „oczy” i „uszy” są rozproszone po całej firmie? To pytanie staje się szczególnie wyraziste, gdy zrozumiemy, jak często wąskim gardłem organizacji wcale nie są procesy czy zasoby, lecz przekonania lidera, elementy kultury, błędne założenia strategiczne albo zbyt duża zmienność w codziennym działaniu. Dlatego w tym cyklu musieliśmy najpierw przyjrzeć się konstrukcjom teoretycznym – systemom, przepływowi, logice ograniczeń – ponieważ dopiero one odsłaniają głęboką prawdę: wiele problemów firm nie wynika z ich branży, ich ludzi czy ich procesów, ale z założeń wpisanych w sam sposób, w jaki od ponad wieku rozumiemy zarządzanie.

To nie konkretny manager jest problemem. To nie „trudny rynek”. To nie „niezaangażowani ludzie”. Problem tkwi w paradygmacie, który zdominował zarządzanie na całym świecie: w hierarchicznej strukturze decyzyjnej, która powstała dla stabilnego, przewidywalnego przemysłu początku XX wieku, a którą bezrefleksyjnie stosujemy w świecie, który systemowo nie przypomina już tamtej rzeczywistości. Ten model jest skuteczny tylko do pewnego momentu. Owszem – świat się dzięki niemu nie zawalił. Ale również nie sposób ignorować faktu, że obecnie rekordowa liczba ludzi doświadcza wypalenia, chronicznej demotywacji, problemów psychicznych i kosztów emocjonalnych, które dotykają całych rodzin i społeczności.

Dokąd dalej? Modele progresywne

Dlatego w dalszej części cyklu zadamy pytanie fundamentalne: jak inaczej można organizować pracę i podejmowanie decyzji w systemie, którego nikt nie jest w stanie objąć całkowicie? Jak zarządzać w sposób, który widzi system takim, jakim jest, wykorzystuje jego całą rozproszoną inteligencję i nie tworzy wąskich gardeł w samym centrum decyzyjnym?

To jest właśnie moment, w którym zaczyna się rozmowa o progresywnym zarządzaniu. To nie jest ciekawostka czy kolejny framework. To konieczna, gruntowna odpowiedź na ograniczenia wpisane w tradycyjny paradygmat.

 

Sergiusz Żemek

Interim manager, ekspert ekspansji międzynarodowej i transformacji organizacji
Akthéa Polska

Transkulturowy, 4-języczny Interim manager, ekspert ekspansji międzynarodowej i transformacji organizacji. Przez blisko 30 lat odpowiadał za rozwój biznesu i zarządzanie w strukturach międzynarodowych, w tym ponad 15 lat jako dyrektor zarządzający. Wspierał ekspansję polskich firm na rynki zachodnie i wschodnie, a także wprowadzał zachodnie koncerny do Europy Środkowo-Wschodniej. Realizował projekty transformacyjne w branżach produkcyjnej, IT, logistycznej, usługowej (BPO) czy budowlanej. Twórca modelu Harmonic Management, łączącego wymiar strategiczny, operacyjny i psychologiczny. Obecnie, oprócz realizacji projektów jako interim manager, współtworzy Akthéa Polska – francuskiego service providera interim management, odpowiedzialnego za plasowanie i prowadzenie interim managerów w strategicznych rolach organizacji.

Zobacz również


Przeczytaj