Szukaj

Zaloguj

Zaloguj się

Jesteś nowym klientem?

Zarejestruj się

Szukaj

Zaloguj

Zaloguj się

Jesteś nowym klientem?

Zarejestruj się
Strona Główna/Artykuły/Dylemat słów wypowiedzianych

ZARZĄDZANIE

Dylemat słów wypowiedzianych

O podatkach, Zielonym Ładzie, gospodarce polskiej na tle unijnej oraz o strategiach wielkich i małych państw, a także zmieniających się biegunach światowej geopolityki, z  profesorem Witoldem Modzelewskim, prezesem Instytutu Studiów Podatkowych rozmawia Marek Loos.  


Data publikacji: 05.02.2026

Data aktualizacji: 05.02.2026

Podziel się:

– To, na co miałem wówczas wpływ, jest obecnie w dużej mierze nieaktualne, ponieważ to były lata 1992-96, w których w miarę suwerennie tworzyliśmy kształt polskiego systemu podatkowego. Natomiast po drodze była ważna data – 1 maja 2004 r. – wejście Polski do Unii Europejskiej, za sprawą czego najważniejsze w Polsce ustawy podatkowe (powstałe w 1993 r.): Ustawa o podatku od towarów i usług i o podatku akcyzowym, zostały zastąpione nie tylko nowymi ustawami, ale także nową unijną koncepcją podatkową. Różni się ona zasadniczo od tego co my stworzyliśmy.

A co pozostało z tamtej pierwotnej ustawy?

Pozostały na przykład pewne urządzenia, które wtedy wprowadziliśmy z sukcesem. No chociażby kasy rejestrujące. Byliśmy pierwszym krajem, który upowszechnił ten rodzaj urządzenia podatkowego i to my byliśmy wzorcem dla innych krajów. Nie musieliśmy wzorować się na czyichś pomysłach.

Pozostał również numer identyfikacji podatkowej (NIP) czy banderolowanie towarów akcyzowych. Natomiast ze smutkiem muszę powiedzieć, że część tych rozwiązań, które można było nie zmieniać pod wpływem Unii Europejskiej zostało zmienione. A jakość unijnego prawa podatkowego woła o pomstę do nieba, zarówno pod względem koncepcyjnym, jak i legislacyjnym. Stworzono możliwość dla masowych oszustw i wyłudzeń tych podatków.

Unia Europejska nie podołała wyzwaniu, jakim jest tworzenie prawie 30 odrębnych systemów podatkowych, które miały być do siebie trochę podobne, bo harmonizacja to nie jest po prostu gleischachtowanie (wyrównywanie z języka niemieckiego – przyp. red.). Te systemy miały być jednocześnie, co bardzo ważne, efektywne fiskalnie, bo podatki są po to, żeby przynosić dochody budżetowe – do niczego innego nie służą. Ta efektywność fiskalna jest w kontrze z zasadą swobodnego przepływu towarów, usług, kapitału i pracy. Tego się po prostu pogodzić nie da. Można więc powiedzieć, że eksperyment historyczny, polegający na stworzeniu efektywnego fiskalnie systemu podatkowego, takiego żeby nie trzeba było mieć deficytu budżetowego w wysokości 8 proc. PKB, nie udał się.

 

Na tej kanwie przejdźmy do sytuacji, w jakiej jest obecnie Unia Europejska. Kiedyś usłyszałem pańskie stwierdzenie, wypowiedziane w kontekście forsowanego przez Komisję Europejską „Zielonego Ładu”, że połowa dochodów budżetowych państwa pochodzi z akcyzy za paliwa kopalne. Czy to jest prawda?

Mówiłem o połowie dochodów budżetu państwa, które nie obejmują dochodów jednostek samorządu terytorialnego. Rzeczywiście ta połowa pochodzi z opodatkowania w istocie wyrobów energetycznych, między innymi benzyny i oleju napędowego. Są one bowiem objęte akcyzą, podatkiem od towarów i usług, a nawet podatkiem dochodowym ich producentów, bo oni i dystrybutorzy paliw są ogromnym pracodawcą i dzięki temu budżety państwa i samorządów terytorialnych uzyskują gigantyczne dochody, w gruncie rzeczy z tych dwóch paliw kopalnych. I to jest tak naprawdę ta „mniejsza połowa” wpływów podatkowych budżetu państwa. Wynika z tego jasno, że elektryfikacja motoryzacji jest absurdem. Nazywajmy rzeczy po imieniu.

Zielony Ład forsują ludzie, którzy dewastują finanse publiczne. Dewastują, bo jeżeli zabraknie tych dwóch produktów, w takiej skali, w jakiej są dotychczas używane, to nie ma żadnej możliwości zastąpienia tych dochodów innymi. Reasumując – Zielony Ład jest fiskalnym absurdem. Prowadzi on bowiem do drastycznej redukcji wpływów podatkowych, przy gigantycznym wzroście dotowania procesu elektryfikacji. To jest barbarzyństwo fiskalne. Ale ja nie mówię nic oryginalnego. Wystarczy przeczytać uważnie nie propagandowe teksty na ten temat.

 

Dlaczego uważa pan, że wprowadzenie Krajowego Systemu eFaktur oznacza katastrofę dla budżetu państwa.

Faktura VAT jest w Polsce przede wszystkim dokumentem handlowym, chociaż nie z mocy prawa. Powstała na potrzeby podatku VAT, po to żeby prowadzić księgi podatkowe. Przed ponad 30 laty przyjęliśmy zgodnie, że będzie to jednocześnie dokument handlowy do rozliczania płatności. Do tej roli faktura ustrukturyzowana, której obiektywnie – materialnie nie ma, będąca bytem wirtualnym nie nadaje się. Ona istnieje tylko w sensie prawnym. Nie nadaje się więc totalnie do roli dokumentu handlowego. W konsekwencji musimy stworzyć alternatywny w stosunku do fakturowania podatkowego system dokumentowania sprzedaży. Nie ma szans, żebyśmy go stworzyli do 1 lutego 2026 r. Nie byłoby to również możliwe, gdybyśmy zaczęli jego tworzenie przed trzema czy czterema laty. Stąd mój bardzo ostrożny apel, który raz już zadziałał, gdy posłuchano mnie w lipcu 2024 r, kiedy pierwotnie ta katastrofa miała się wydarzyć. Niestety, została ona tylko odroczona.

 

Tyle, że jak rozmawiam z właścicielami firm transportowych, to ich zdaniem KSeF może przyspieszyć uiszczanie zapłaty za usługi przewozowe. Oni mają nadzieję, że dzięki KSeF, długie – nawet 90-dniowe – terminy płatności, które są głównym utrapieniem przewoźników, znikną.

No ale skąd ta wiara w taki efekt KSeF, skoro termin płatności wynika z umowy. Cóż ma faktura ustrukturyzowana do umowy? Dokładnie nic. Po drugie – co jest może jeszcze ważniejsze – faktyczna płatność zależy od czynników pozaprawnych. Zależy np. od kondycji gospodarki, czym ona jest gorsza, tym terminy płatności, a więc wzajemne kredytowanie się –  dłuższe.

Wystawienie faktury w systemie KSeF nie rodzi żadnych skutków cywilnoprawnych. Chyba że druga strona wprost się zgodzi na to, iż wirtualne pojawienie się dokumentu istnieje obiektywnie w KSEF-ie i będzie początkiem biegu terminu płatności: to chyba absurd.

 

Wróćmy do tematu Unii Europejskiej i przerwanego na moment omawiania stanu gospodarki unijnej i jej perspektyw. Jak pan ocenia obecną sytuację gospodarczą Unii Europejskiej?

Unia Europejska przez ostatnie cztery lata dokonała czegoś, co by można nazwać samodegradacją, żeby nie używać bardziej dobitnego terminu – samobójstwem. Państwa UE są bardzo drogim – w każdym tego słowa znaczeniu – regionem świata.

Kiedyś te państwa miały swoje przewagi, budowane przez wieki. By je chronić, stworzono Unię Europejską – związek celny, który dyskryminował i dyskryminuje konkurencję zewnętrzną. Na dodatek dyskryminacja zewnętrzna do czasów obecnej kadencji Donalda Trumpa odbywała się bez retorsji ze strony dyskryminowanych. Tę przewagę Unia Europejska utrzymywała pomimo drogiej siły roboczej i przy wysokich kosztach prowadzenia działalności i kosztach fiskalnych. Ta sytuacja mogła się utrzymywać dzięki dostępowi do tanich i pewnych źródeł surowców energetycznych, w tym zwłaszcza ropy naftowej i gazu ziemnego z Rosji. Co ważne otwarte dla Europy były ogromne rynki wschodnie. Ten stan skończył się 4 lata temu, kiedy rozpoczęła się autodestrukcja na polityczne życzenie, realizowane w formie ograniczeń wolnej wymiany handlowej, retorsji, sankcji, itp. Jedyna przewaga Unii – płynąca z dostępu do tanich surowców energetycznych – przestała istnieć. Przejście na droższe źródła energii nazwano „dywersyfikacją”, a w istocie już teraz jesteśmy uzależnieni od droższych źródeł energii w stosunku do tych, z których korzystaliśmy wcześniej. Tak nie musi być na zawsze, ale na razie jest.

 

Czy spodziewane zakończenie wojny na Ukrainie może – pana zdaniem – przywrócić stan sprzed 4 lat, czyli powrót do tanich, rosyjskich surowców energetycznych?

Nie wiemy, czy samo zakończenie wojny przywróci dla nas dostęp do tanich surowców. Wszystko zależy od decyzji politycznych. Mówiąc najprościej władze Unii Europejskiej dały się wepchnąć w kozi róg: Stany Zjednoczone uzależniły Europę od swoich dostaw surowców energetycznych, a jednocześnie zmusiły ją do otwarcia swoich rynków na towary amerykańskie. Dotyczy tego m.in. umowa celna, z której przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen była taka dumna.

Jednocześnie forsowana w Unii wrogość do Rosji raczej nie uprawdopodabnia możliwości reaktywacji status quo antebellum (z łaciny: „stanu sprzed wojny” – przyp. red.). Ameryka nie jest zainteresowana powrotem do tego stanu, a sama Unia Europejska chyba nie jest zdolna do takiej diametralnej zmiany koncepcji politycznej, przynajmniej w obecnym składzie personalnym jej władz.

 

I na to wszystko nakłada się jeszcze kwestia Zielonego Ładu, który moim zdaniem jeszcze bardziej dobija unijną gospodarkę, bo stanowi kolejny impuls do podwyżek kosztów dosłownie wszystkiego, co wytworzone jest w Unii. Nawet Donald Tusk powiedział na początku roku, na którymś z posiedzeń Komisji Europejskiej, że mamy trzy razy droższą energię niż Stany Zjednoczone, co uniemożliwia unijnej gospodarce skuteczne konkurowanie z innymi częściami świata.

Jeżeli absurdalne plany związane z Pakietem Klimatycznym zostaną zrealizowane, przewaga przemysłowa szczególnie Niemiec, które cofają się najszybciej w Unii, może zostać bezpowrotnie utracona. Nie chciałbym moimi poglądami urazić osób o innych zapatrywaniach, więc staram się wyrazić to co myślę w sposób oględny. Nie chcę również zwalczać osób, które myślą inaczej niż ja, a wręcz przeciwnie – z chęcią ich słucham, bo może dzięki temu zweryfikują swoje poglądy. Po tym może przydługim wstępie powiem tak – moim zdaniem celem obecnych przemian w UE jest przekształcenie się tworzących ją państw w związek przypominający Drugą Rzeszę. Ten związek miał swoją odrębność państwową w stosunku do państwowości tworzących go państw.

 

Tak było aż do Bismarcka, który te niezależne księstwa zjednoczył w jeden, zcentralizowany twór, zwany dzisiaj Niemcami.

Dokładnie tak jak pan mówi. Przeciwnikami tej centralistycznej koncepcji są dwaj najważniejsi partnerzy UE, czyli Stany Zjednoczone i Rosja. Na naszych oczach, po raz kolejny w historii, okazuje się, że interesy USA i Rosji są wspólne. Najbardziej brutalnym tego przykładem jest plan pokojowy zakończenia wojny Rosyjsko-Ukraińskiej.

Na dodatek niepowodzenie przedsięwzięcia integracji UE będzie przyczyną kolejnego kryzysu politycznego Unii, która będąc organizacją źle zarządzaną, jest nieefektywna, a przez to skazana na klęskę.

 

Bardzo ciekawa, zaskakująca, ale przecież niezwykle logiczna prognoza. Jednak w jednym z udzielonych wywiadów stwierdził pan, że „wszystkie przewidywania i prognozy to manipulacja i kłamstwo”.

Jest to komentarz dziennikarski do mojej wypowiedzi. Najważniejsze jest jednak, że antyrosyjskie i proamerykańskie prognozy mają to do siebie, że się nie sprawdzają. Ostatnie trzy – cztery lata pokazały dobitnie, że nie mamy potencjału intelektualnego, pozwalającego formułować prognozy prawdopodobne, bo przecież każda działalność jest zbudowana na prognozie przyszłości, nawet jeżeli się ją ubiera w szaty związane z przeszłością. A to dlatego,  iż nieskończenie krótkiego czasu teraźniejszego nie zmienimy, przeszłość nie ma znaczenia, a – jak śpiewał Marek Grechuta – „ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy”: każde działanie jest oparte na jakiejś prognozie, a te prognozy potrafią być żenująco, a wręcz nokautująco mylne …

 

Przykłady z ostatnich lat.

Jeszcze do niedawna była oficjalnie głoszona teza, że pod wpływem zwycięstwa Ukrainy nad Rosją, ta druga się rozpadnie, a wojsko polskie i ukraińskie zajmie Bramę Smoleńską … W tym momencie granice absurdu zostały przekroczone. Na szczęście nie we wszystkie prognozy wierzymy, jak chociażby te.

Stara filozoficzna zasada mówi, że „jeżeli się mylisz, rób to w taki sposób, żeby nikt tego nie zauważył”. Największym nieszczęściem nie jest to, że się mylisz, ale to, że ktoś uwierzył w twoje błędne prognozy, bo on ci tego nie wybaczy. A to dlatego, że tobie uwierzył, a więc ty jesteś winien jego naiwności. Na tym polega dylemat słów wypowiedzianych. Jeżeli chcemy komuś coś głosić, to musimy mieć świadomość, że ci którzy nam zawierzą wystawią nam rachunek, którego nie jesteśmy nigdy w stanie spłacić. Bo to oni płacą rachunki naszych błędnych prognoz.

 

Tak, bo oni postępując zgodnie z tym, czemu zawierzyli, zużywają swoją energię, czas i zasoby.

Są to tak zwane straty bezpowrotne. Kiedyś profesor Vetulani powiedział, że jeżeli masz coś mądrego do powiedzenia, to bądź zlekceważony (przez głupców).

Tak, tak – zlekceważony, bo proszę pamiętać – jeżeli to co powiesz będzie trafne, z zasady nie spotka się z akceptacją tylko z wrogością, a niewielu z nas jest w stanie udźwignąć wrogości wobec słów, które wypowiadamy. Tacy hardzi to my nie jesteśmy. Wówczas zaczynamy się obawiać, a nasz strach zaczyna wracać. Tak więc dobrze byłoby, gdyby nasze mądre słowa były zlekceważone przez wrogów, ale zaistniały dla tych, którzy są prawdziwymi adresatami tych słów, czyli tych, których nasze słowa mają ubogacić. Prawdziwość tego wywodu potwierdzają ostatnie cztery lata.

W tym czasie odsądzano mnie od czci i wiary, kiedy się opierałem o własną diagnozę. Krzyczano, że my – Polacy – nie możemy mieć własnych diagnoz, a musimy jedynie przyjmować te „europejskie”. Tymczasem, jeżeli nie mamy własnych diagnoz, to nie mamy czego weryfikować. A poza tym diagnozy zawsze są wykonywane w czyimś interesie, więc my powinniśmy robić je we własnym. Inni naszym interesem kierować się nie będą: jeżeli mamy świadomość importowaną, czyli przyjmujemy bezkrytycznie obce diagnozy i prognozy, to wyzbywamy się intelektualnej umiejętności obrony własnych interesów.

 

Jak na tym tle zarysowuje się sytuacja polskiej gospodarki. Czytam wiele analiz na ten temat. W jednych obserwatorzy, szczególnie z krajów rozwiniętych, lecz pogrążonych w stagnacji, zachwycają się Polską. Natomiast nasi, rodzimi analitycy raczej skupiają się na zagrożeniach i wyzwaniach, więc ich obraz rzeczywistości naszej gospodarki jest często zupełnie inny – dużo bardziej pesymistyczny. A jaka jest pana ocena?

W biznesie, tak jak w życiu i we współistnieniu państw, bardzo ważne są błędy naszych konkurentów, żeby nie powiedzieć wrogów. Największe sukcesy osiągamy wtedy, gdy błędy popełniane przez naszych konkurentów są dla nich szczególnie dotkliwe. Reasumując – jeżeli chcemy zwyciężyć w walce konkurencyjnej, to powinno nam zależeć, żeby los „obdarzył” naszych przeciwników szczególnym skumulowaniem w czasie dużej liczby błędów, które stają się naszymi sukcesami.

To co powiedziałem jest dość oczywiste, ale chciałbym, żeby w ten sposób wyjaśnić specyfikę czasu, w którym obecnie my – Polacy – jesteśmy. Nasze sukcesy są zasługą naszej pracowitości, przedsiębiorczości i nieliczeniem się z własnym wysiłkiem. Proszę zauważyć, że polski przedsiębiorca jest zaharowany. Ja jestem z pokolenia boomersów i szczycę się tym. Jesteśmy ludźmi, którzy nie liczą się z czasem poświęcanym na pracę, bo jest ona w dużej mierze celem naszego życia. Niekoniecznie muszą tak myśleć kolejne pokolenia. Tu upatrywałbym zagrożenia. Faktem jednak jest, że za sprawą naszej pracowitości i przedsiębiorczości zyskaliśmy potężną przewagę nad rozwiniętymi i bogatymi społeczeństwami zachodnimi …

 

… Nam po prostu się chce.

Tak. Tam takiego pokolenia ludzi, „którym się chce”, już nie ma. Tam wcześniej niż do nas przyszło wymieranie, które do nas przychodzi dopiero teraz.

Wracając do tematu błędów. Ostatnio nasi konkurenci strzelają sobie bardzo wiele „samobójów” – szczególnie państwa „Starej” Europy. Te państwa gasną. Pamiętam Francję z lat 80-tych, a już wtedy ci Francuzi, którzy byli zdolni do refleksji nad swoim krajem, mówili: „zobaczy pan, że za 20 lat tej Francji, którą pan widzi wokół, nie będzie, niech pan ją dobrze dziś zapamięta”. Mówili, że odchodzą ludzie, którzy nie mają kontynuacji, bo albo nie ma kto, albo nikt nie chce kontynuować ich dziedzictwa. Już wówczas było wiadomo, że napływająca – konieczna z punktu widzenia ekonomicznego – imigracja zewnętrzna, ma tzw. „wrogą tożsamość”. Imigrantów uczy się francuskiego po to, żeby przy pomocy tego języka poznali, przeklinali i pogardzali swoimi przeciwnikami, którymi są rodowici Francuzi.

Reasumując – kryzys państw Starej Europy, który częściowo został złagodzony poprzez przyjęcia nowych państw, jest na tyle głęboki, że my możemy teraz wyzyskać nasze przewagi. Tu jednak mówię UWAGA , bo nasze przewagi też się wyczerpują.

 

W tym momencie chcę zwrócić uwagę na pokutujące w nas – Polakach – przekonanie, że kłopoty niemieckiej gospodarki bezpośrednio przekładają się na nasze problemy, bo 30 proc. polskiej wymiany handlowej przypada właśnie na Niemcy. W jednym z wywiadów, który przeprowadziłem z Andrzejem Sadowskim, współzałożycielem Centrum im. Adama Smitha, on obala ten mit. Nie musi być tej współzależności.

Nie musi tak być. Zgadzam się z tą opinią. Słabnie koncepcja „Mitteleuropy” Klausa Naumanna zakładająca, że państwa środkowej i wschodniej Europy mają być zapleczem gospodarczym Niemiec – podwykonawcami. Okazało się, że my potrafimy uniezależnić się od naszego największego partnera gospodarczego i – mało tego – potrafimy w tym uniezależnieniu osiągnąć sukces. Dodam, że nie ma w tym procesie nic oryginalnego. Chiny są tego dobitnym potwierdzeniem. Kraj Środka miał być subdostawcą niemal wszystkiego do Starej Europy i USA, a stał się tym, który dyktuje warunki i przejął aktywa intelektualne.

 

Martwi pana ta sytuacja?

Jeżeli słabną nasi protektorzy, zyskujemy większą szansę na wybicie się na autentyczną niepodległość – ekonomiczną i polityczną.

 

Wspaniałe jest wśród naszych przedsiębiorców, że niezależnie od słabnącej gospodarki unijnej, całe polskie branże wybijają się na niezależność i mistrzostwo w naszej części świata i nie tylko. Ostatnio dowiedziałem się, że Polska jest potentatem światowym w produkcji liofilizowanych owoców. Tak jest też z wieloma innymi niszami ekonomicznymi. Kolejnym impulsem rozwojowym dla polskiej branży transportowo – spedycyjno – logistycznej – jak spodziewają się managerowie tego sektora – będzie zakończenie wojny na Ukrainie. Osobiście znam kilku spośród nich, którzy nie zdecydowali się na inwestycje w centra logistyczno-dystrybucyjne, szczególnie we wschodniej części kraju, ponieważ przez ich zagranicznych partnerów jesteśmy postrzegani, jako kraj przyfrontowy, pomimo, że wojna toczy się na wschodzie Ukrainy.

Trzymamy kciuki za powodzenie planu Donalda Trumpa, bo jego misja jest bardzo konstruktywna. Nikt lepiej niż Stany Zjednoczone i Donald Trump nie nadaje się do roli rozjemcy w tym konflikcie. Oby mu się udało, niezależnie od tego jakimi motywami się kieruje, bo dla nas – Polaków – w tym przypadku ważny jest efekt, a nie motywy. Chodzi bowiem o zakończenie wreszcie militarnej odsłony tego konfliktu i powrót do próby ułożenia tej części świata w sposób nie wrogi.

 

Ja też bym tego chciał i chyba większość managerów nie tylko sektora TSL i to niezależnie od tego co myślą o Donaldzie Trumpie. Czy nie jest to jednak trochę myślenie życzeniowe (wishful thinking)?

Oczywiście – jest w tym stwierdzeniu trochę naiwności, ale bywa, że naiwność czyni cuda. Przecież znane jest pojęcie „pokoju poprzez handel”, gdy wszyscy zauważymy, że bardziej niż ze sobą wojować opłaca się handlować. Nie zawsze jest to efektywna metoda utrzymywania pokoju, ale jest znaną i najlepszą drogą rozładowywania traum wojennych.

Uspokojenie międzynarodowej sytuacji pozwoli przepracować niewyobrażalne ilości niemądrych (najoględniej mówiąc) poglądów, analiz, prognoz i wypowiedzi, skierowanych pod każdym możliwym adresem.

 

Co ma pan na myśli?

Na przykład dość powszechnie panujące w Europie przekonanie, że Stany Zjednoczone są odwiecznym wrogiem Rosji. Jest to oczywisty absurd. Poza tym zbyt dużo w ostatnich latach padło słów wrogich względem Rosji i Rosjan, tym bardziej, że my – Polacy – zbyt poważnie traktujemy słowa, które wypowiadamy. Tym różnimy się od tzw. Starego Zachodu, który potrafi zmienić zdanie jednego dnia, odwracając sojusze i to jest najwyższa kompetencja polityczna, bowiem mały może szantażować tylko tym, że zagrozi, iż może dużego zdradzić w każdej chwili. Jest to część spuścizny kulturowej, której nigdy nie kultywowaliśmy, ze względu na naszą historię.

W tym kontekście uważam, że lata 2025-2026 będą czasem najgłębszych przewartościowań historycznych od wielu dziesięcioleci. Powinniśmy się do tego intelektualnie przygotować w imię naszych interesów.

 

Jakiego typu będą to przewartościowania – pańskim zdaniem?

Polska przegrywa wojnę, której sama nie prowadzi. Dokładanie do tej wojny jest wysoce nierozsądne. My nie upomnimy się o nasze nakłady poniesione na wojnę za wschodnią granicą, a Stany Zjednoczone już się upomniały. My ponieśliśmy straty, więc stwórzmy taki scenariusz, żeby odrobić te straty. Jeżeli przegrywamy wojnę, to wygrajmy pokój.

 

Świat staje się wielobiegunowy …

… Już się stał.

 

No właśnie. Ośrodki wpływów na losy świata zmieniają się, przesuwając się w kierunku Indo-Pacyfiku. Nie mówię tylko o Chinach i Indiach, które to dwa kraje zamieszkuje już niemal połowa ludności świata. Mówię również o takich krajach jak Indonezja, gdzie spędziłem w październiku ponad 2 tygodnie. Jest to największy pod względem liczby ludności kraj muzułmański i piąty na świecie (280 mln). Przed wyjazdem zdobywałem wiedzę o nim, głównie czytając i oglądając relacje na Youtubie. Okazuje się, że informacje sprzed dwóch lat są w dużym stopniu nieaktualne. Tempo postępu jest tam gigantyczne.

Zjednoczenie państw Globalnego Południa, jako państw antyzachodnich stało się efektem ubocznym błędnej ze strony Zachodu polityki wschodniej. No, żeby wepchnąć w objęcia Globalnego Południa położoną na północy Rosję, to naprawdę trzeba się postarać. Ten fakt z perspektywy Zachodu jest jedną z największych politycznych katastrof w historii, a dla globalnego południa – sukcesem.

Polska w tych procesach jest nieistotna. Niestety, sami się ustawiamy na pozycji tego, który za te procesy zapłaci rachunki.

 

Co więc my możemy w tej sytuacji zrobić, żeby nie stracić na tych globalnych procesach?

Powinniśmy starać się być co najmniej na skraju dróg, na których będzie toczył się spór. Oznacza to, iż to co traktujemy jako nasze nieszczęście – przerobić na atut. Skoro ustawienie się po którejś ze stron istniejącego podziału Wschodu z Zachodem przez dziesięciolecia powojenne było dla nas klęską, to teraz bądźmy pomostem między Wschodem i Zachodem i czerpmy z tego korzyści.

Jest taki stary rzymski dylemat, czy do wrogów należy dokładać, czy na nich zarabiać? Odpowiedź jest oczywista – lepiej zarabiać. Więc róbmy to, a może dlatego, że się na nich zarobi, przestaną być naszymi wrogami.

 

Życzmy sobie, żeby nasi przywódcy to zrozumieli, bo pokój jest bezcenną wartością. Tak podsumujmy naszą rozmowę.

 

Dziękuję.

 

Marek Loos

 

Zobacz również


Przeczytaj